LublinPGEEl-VoltLubelskieORLEN SUPERLIGA

Zadanie w zakresie wspierania i upowszechniania kultury fizycznej realizowane jest przy pomocy finansowej Miasta Lublin

KONTRAST

żółto-czarna wersja

czarno-żółta wersja

biało-czarna wersja

tryb normalny

Przełącz na język angielski

Aktualności

Alina Wojtas: bardzo tęsknię za Lublinem!

news-big

 

W piątkowy wieczór zawodniczki MKS Lublin mogą liczyć na wsparcie wyjątkowego kibica. Mecz z Buducnost Podgorica w hali Globus z wysokości trybun oglądać będzie Alina Wojtas. My nie mogliśmy przegapić takiej okazji i w przeddzień lubelskiej inauguracji Ligi Mistrzyń przepytaliśmy naszą byłą zawodniczkę. Kiedy wróci na boisko w barwach Larvik HK? Czytajcie...

Alina, co robisz w Lublinie?

- W momencie kiedy nie gram, nie trenuję z powodu kontuzji, zdecydowałam się odwiedzić „stare śmieci”. Nie ukrywam, że tęskni mi się za tym miastem. Mam mnóstwo fajnych wspomnień pozostało. Nadal są tutaj wspaniali ludzie, z którymi cały czas utrzymuję kontakt. No i zespół, z którym grałam o najwyższe cele, w którym zawsze była wyjątkowa atmosfera. Muszę przyznać, że czuję dreszczyk emocji, taki sam jak przed rokiem, kiedy przyjechałam grać do Lublina jako zawodniczka nowego klubu.

Śledzisz poczynania MKS-u w tym sezonie?

- Oczywiście, że tak! Każda gazeta, w której jest chociażby mała wzmianka o lubelskiej drużynie wpada w moje ręce. Internet i strony o piłce ręcznej także są przeglądane pod kątem MKS-u, no i oficjalna strona klubu jest jedną z najczęściej odwiedzanych przeze mnie.

Przed rokiem w Lidze Mistrzyń nie udało się wyjść z grupy, jak będzie tym razem?

- W minionym sezonie dość sceptycznie podchodziłam do przygody MKS-u z Champions Leage, wszystko do momentu rozegrania pierwszego meczu. Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona. Szkoda, że tak niewiele zabrakło do awansu. Jeśli natomiast mówimy o tym sezonie, to jestem przekonana, że uda wyjść się z grupy. Wszystko jednak zależy od kadry meczowej, która z dnia na dzień jest coraz liczniejsza-mocniejsza, także będzie dobrze.

Jesteśmy chwilę przed meczem z Buducnost Podgoricą. Ten zespół można pokonać, urwać punkty?

- Nie ma zespołów nie do pokonania. Wiele zależy od nastawienia, bo jeśli wyjdziemy na boisko z nastawianiem, że się nie uda, to z pewnością tak będzie. Trzeba jednak wierzyć i robić wszystko, żeby sprawić niespodziankę. Pamiętam kiedy my grałyśmy przeciwko nim w Final Four. Do finału dotarłyśmy jako niepokonana ekipa. Wiedziałyśmy, że trudno będzie je pokonać, ale wierzyłyśmy w wygraną. Niestety nie do końca zrealizowałyśmy założenia taktyczne, co się na nas zemściło. Świetnie zagrała wtedy Clara Woltering, która zamurowała bramkę mistrzyń Czarnogóry. W tym roku nie ma Clary, ale oglądając ostatni mecz przeciwko IK Savenhof, to byłam pod wrażeniem jej zmienniczki. Także zadanie trudne, ale niewykonalne. Dziewczyny muszą zagrać bardzo dobrze w obronie, bo tylko tym można zwojować Ligę Mistrzyń.

A jak z twoim zdrowiem?

- Dziękuję, coraz lepiej. Właśnie mija piąty miesiąc od mojego zabiegu. Jestem całkiem niezła z matematyki, także liczę skrupulatnie. Ile jeszcze czasu potrwa moja rehabilitacja? Tego nie wiem. Przy tego typu kontuzjach, jest to sprawa indywidualna. Nie ma się co spieszyć, to wiem na pewno. W Norwegii jest o tyle trudniej wrócić, że co jakiś czas masz testy medyczne. Więc jeśli kolano nie jest sprawne w stu procentach, nie ma szans żeby wrócić na boisko. Ja chcę wrócić w momencie, kiedy będę pewna swojego zdrowia. Mam wsparcie ze strony klubu, dziewczyn i kibiców. To jest niesamowite. W Norwegii jest nieco inne podejście, inna kultura. Tam wszyscy żyją twoim życiem i troszczą się o ciebie. Fajna jest taka świadomość, że nie jest się samym w tym trudnym momencie, co także mobilizuje i daje kopa do cięższej pracy.

Pytanie też padło w kontekście gry na mistrzostwach świata w reprezentacji Polski…

- Mistrzostwa świata to bardzo poważna impreza na najwyższym poziomie. Na taki turniej nie może jechać zawodniczka nieprzygotowana. Więc jeśli ja nie będę gotowa w 120 procentach, to na pewno nie zdecyduje się na takie ryzyko. Ale nie ma ludzi niezastąpionych. Mamy w czym wybierać na lewej połówce. Jest Gosia Stasiak, jest Klaudia Pielesz, jest Marta Gęga, jest także Iwona Niedźwiedź, która odnajduje się na każdej pozycji. Więc wydaje mi się, że nie ma się co zastanawiać nad tym, czy ja zdążę czy też nie. Kwestia zgrania i porozumienia na boisku. Wszystko w rękach trenera i samych zawodniczek. Ja będę bacznie się przyglądała i trzymała kciuki.

Grupa mistrzostw świata pozwala pozytywnie patrzeć na szansę reprezentacji Polski?

- Jak najbardziej. Wyjście z grupy to obowiązek, a później trzeba pokonywać każdą kolejną przeszkodę. Naszą drużynę stać na wielkie rzeczy, naprawdę! Wszystko jednak zweryfikują mistrzostwa. Oczywiście, trzeba jechać z nastawieniem wygrania turnieju. Takie jest podejście w Norwegii. Tam nie ma założenia, że przyjechałam grać. Tam każdego dnia masz wpajane to, po co tu jesteś. Czyli gra w wyjściowym składzie z jasnym celem – wygranie ligi oraz Ligi Mistrzyń. Nasza reprezentacja także powinna z takim założeniem jechać do Danii. Ten turniej będzie także szansą uzyskania przepustek na igrzyska. Więc czy przed taką imprezą trzeba mobilizować?

Słuchając twoich słów, mam wrażenie jakbyś znacząco zmieniła swoje podejście do gry i samą mentalność?

- Wyjeżdżając, na pewno spojrzałam na piłkę ręczną z innej perspektywy. Cały czas się uczę czegoś nowego. Pierwsza rzecz, która mnie zaskoczyła to fakt, że mamy dwa treningi dziennie, często bez udziału trenera. Po prostu dostajesz rozpiskę, co masz zrobić i tyle. W pierwszej chwili zaczęłam się zastanawiać: „gdzie tu jest haczyk, gdzie jest ukryta kamera”? Bo w Polsce często jest tak, że jak trener się odwraca, albo go nie ma, to zawodnicy traktują to jako chwilę rozluźnienia i rozprężenia. W Norwegii jest inaczej, tam ktoś mi ufa, że ja to zadanie wykonam. Cały czas uczę się tego, że jestem tam, żeby osiągać najwyższe cele. Bo jaka sztuka jest w samym wyjeździe za granicę? Żadna. Sztuką jest coś osiągnąć, wejść na pewien poziom i z niego przez długi czas nie schodzić. Wyjeżdżając, myśli typu: „gdzie ty jedziesz, po co? Chcesz grać z mistrzyniami olimpijskimi? Rywalizować z nimi? Nie sprawdzisz się ze swoimi gabarytami w szybkiej grze”, nie dawały mi spokoju. Tam zmieniłam swoje podejście.

Nie żałujesz zatem, że wyjechałaś nieco późno?

- Trudno powiedzieć, bo wcześniej nie miałam oferty z Larvik. Oczywiście, były propozycje z klubów zagranicznych, ale były to zespoły Bundesligi, lub inne drużyny, które nie walczyły o najwyższe cele. A ja przecież grałam w najlepszym polskim zespole, który grał w europejskich pucharach, zdobywał mistrzostwa kraju, miałam się także od kogo uczyć. Była Dorota Małek, Iza Puchacz oraz wiele innych zawodniczek, przy których stawałam się lepszą piłkarką ręczną.

Z jednej strony cieszymy się z twoich sukcesów w Norwegii, z drugiej trochę tęsknimy w Lublinie za zawodniczką, która zbombarduje bramkę rywala z drugiej linii…

- Ja też za wami tęsknię. Jest przecież Marta Gęga, która grozi takim rzutem. Oczywiście, zdaje sobie sprawę, że jest jej ciężko w pojedynkę. Trudno jest grać na najwyższym poziomie dwa mecze w tygodniu po 60 minut, a w obecnej sytuacji MKS-u, tak to wygląda. Iwona Niedźwiedź jest na środku, która kreuje pozostałe zawodniczki, a także potrafi zagrać na dwóch połówkach. Zdaje sobie sprawę jednak, że to za mało…

Co by nie mówić, jesteś w podobnej sytuacji, w jakiej jest MKS. Jaką radę dałabyś kontuzjowanym zawodniczkom z Lublina?

- Trudno tutaj radzić, ponieważ każdy przypadek jest inny. Wiem jednak po swojej pierwszej kontuzji kolana, nie ma się co spieszyć. Wiem, że taka dziewczyna jak Honorata Syncerz już się męczy oglądając drużynę z boku. Młode dziewczyny często się spieszą z powrotem na boisko. Tutaj jednak liczy się cierpliwość. W takich sytuacjach nawet przebywając na treningach, meczach w roli widza można się czegoś nauczyć. Mi jednak pozostaje trzymać kciuki za wszystkie dziewczyny. Mam oczywiście nadzieję, że one trzymają je za mnie.

Wciąż jesteś tą samą uśmiechniętą, pełną energii dziewczyną, która wyjeżdżała niedawno z Lublina. Norwegia, w której dni są bardzo krótkie i słońca jest bardzo mało, nie wpędziła cię w żadną depresję?

- Oj nie jest tak źle (śmiech). Nie miałam takich dni, żeby mnie to drażniło. Ja chyba nawet lubię taki mroczny klimat. Czytam bardzo dużo kryminałów. Siadam w swoim wygodnym fotelu, za oknem pochmurno, deszczowo i ja zagłębiająca się w akcję książki. Czuję się wtedy, jakbym była w centrum wydarzeń (śmiech). To jest niesamowite, po prostu mega… Ale rozmawiałam z dziewczynami, kiedy grały z nami w Norwegii. Pamiętam jak mówiły: „budzę się w środku nocy, a tu trzeba na śniadanie iść. Za oknem ciemno, to straszne!”. Nie wiem, ale mi to nie przeszkadza, może jakaś dziwna jestem (śmiech).

A jak nauka języka?

- Hvor er du? A tak serio, to jest baaaardzo ciężko. To jednak moja wina, ponieważ więcej powinnam słuchać i rozmawiać po norwesku. Podczas meczu, na treningach już dużo rozumiem, ale mam  blokadę, żeby zacząć mówić. Pracuję nad tym, w końcu się przełamię.

Moglibyśmy tak rozmawiać i rozmawiać. Może dokończymy w piątkowy wieczór w Globusie?

- Nie ma problemu. Chociaż w hali będzie sporo moich znajomych, z którymi także będę chciała zamienić słowo, więc czasu może nie być tak dużo. Ale zapraszam wszystkich na mecz z Podgoricą! Spotkajmy się i pomóżmy dziewczynom, zwłaszcza teraz. Musimy być ósmym zawodnikiem!

 

Powrót do aktualności