Aktualności
EHF Final 4 oczami trenerki

Vipers Kristiansand po raz trzeci z rzędu wygrał rozgrywki Ligi Mistrzyń. To nie będzie tylko sucha informacja czy zwykła dziennikarska relacja z dwudniowego święta piłki ręcznej w Budapeszcie. Głos bowiem oddajemy obecnej na trybunach MVM Dome trenerce MKS Funfloor Lublin, Edycie Majdzińskiej.
Moim zdaniem Gyori Audi ETO przegrało półfinał gorszą fizycznością, być może to kwestia większych obciążeń i wymagań ligi węgierskiej, gdy porównamy te rozgrywki z walką o mistrzostwo Norwegii. Zabrakło mi też wsparcia ze strony bramki, strata 23 goli w pierwszej połowie jest czymś niezwykle rzadko spotykanym na tym poziomie rozgrywek. Vipers nie dał Węgierkom szans, bo poza wspaniałą szybkością, cały czas starał się zaskakiwać, raz zagrał na dwa koła, zmieniał ustawienie, wykorzystując luki w szeregach rywala i utrzymywał zbyt szybkie tempo dla ekipy ETO. Były więc momentalne wznowienia, były kontry, drużyna Ambrosa Martina traciła często gole raptem kilka sekund po stracie piłki. Mądrość taktyczna zaprocentowała, ciężar gry potrafiła w kluczowym momencie wziąć na barki Anna Wiachiriewa i ten triumf obrończyń tytułu był na pewno zasłużony. Nie sposób nie wspomnieć o legendarnej Katrinie Lunde, absolutnie najlepszej bramkarce finałów.
W drugim sobotnim meczu zachwyciła mnie gra w obronie ekipy Fradi, czyli Ferencvarosu. Ogromne zaangażowanie, ambicja i wspaniała Andrea Lekić, której dawno nie widziałam w takiej dyspozycji. Wszystko na pożegnanie trenera Gabora Eleka przy fenomenalnym wsparciu z trybun, w dodatku z takim zakończeniem i golem Emily Bolk w ostatnich sekundach. Najlepszy reżyser nie napisałby takiego scenariusza i takich okoliczności porażki Ebsjerg z Norą Mork czy Henny Reistad w składzie. Moje zespoły przegrywały i wygrywały po bramkach tuż przed końcową syreną, znam więc dobrze ten ładunek emocjonalny. Po tym ekscytującym półfinale pisali do mnie kibice MKS-u zaprzyjaźnieni przecież z ekipą z Budapesztu, nie wiedząc pewnie, że turniej śledziłam z trybun.
Niedziela przyniosła ostateczne rozstrzygnięcia, na które wszyscy czekaliśmy. Zaczęło się od bardzo ciekawego „małego finału”. Jeśli w sobotę można było narzekać na postawę bramkarek ETO, dzień później w meczu o brązowy medal kluczowa okazała się Sandra Toft. To jej wspaniała postawa przed przerwą dała Węgierkom wysoką przewagę. Po zmianie stron Esbjerg zdołał odrobić ogromną stratę, a po raz kolejny losy meczu rozstrzygały się w samej końcówce, co ogromnie podobało się publiczności. To miała być tylko przystawka do dania głównego, czyli walki o złoto.
Finał zaczął się od kapitalnych akcji Vipers, Katrine Lunde powstrzymywała zazwyczaj bardzo skuteczną Angelę Malestein, a Ferencvaros znalazł sposób na rywala na lewej połówce, gdzie brylowały Emily Bolk i Szandra Zacsik. Wynik 14:13 po dwóch kwadransach dawał nadzieję na wyrównaną walkę po zmianie stron. Tak się jednak nie stało, także przez czerwoną kartkę dla Zsuzsanny Tomori, bez której w obronie Węgierek zrobiły się spore dziury. Znów fenomenalnie dysponowana była Anna Wiachiriewa, którą moja przyjaciółka nazywa artystką piłki ręcznej, takim Messim kobiecego szczypiorniaka. Trudno więc nie zgodzić się z wyborem Rosjanki na MVP wspaniałych zawodów.
Jak się śledziło zawody z trybun ogromnej MVM Dome?
Siedziałam nieco powyżej kibiców Fradi, momentami nie było widać każdego podania, bo powiewały przed nami wielkie flagi. Taki jest urok zasiadania na trybunach w dniu święta naszej dyscypliny. Cieszę się, że mogłam mieć swój mały wkład w pobicie rekordu frekwencji na meczu piłki ręcznej kobiet. W sobotę współtworzyłam społeczność ponad 20 tysięcy kibiców, naszą wielką handbalową rodzinę. Przyjechałam do Budapesztu prywatnie, nie tylko jako trenerka, ale przede wszystkim jako osoba całkowicie zakochana w szczypiorniaku. Siedziałam podekscytowana między sektorami fanów Vipers i Ferencvarosu, zdobycie biletów zresztą graniczyło z cudem, ale zdecydowanie było warto. Pozdrawiam serdecznie ze stolicy Węgier.
Edyta Majdzińska






