LublinPGEEl-VoltLubelskieORLEN SUPERLIGA

Zadanie w zakresie wspierania i upowszechniania kultury fizycznej realizowane jest przy pomocy finansowej Miasta Lublin

KONTRAST

żółto-czarna wersja

czarno-żółta wersja

biało-czarna wersja

tryb normalny

Przełącz na język angielski

Aktualności

Kolejna lekcja pokory

news-big

 

W historii spotkań lubelsko-węgierskich tylko raz udało nam się pokonać Madziarki na wyjeździe. Dziś trudno to w uwierzyć, ale w styczniu 2005 roku ówczesne SPR pokonało słynny Gyor. Kolejna szansa na zdobycie punktów na niezwykle trudnym terenie była dzisiaj. MKS w trzeciej kolejce Women's EHF Champions League mierzył się z wicemistrzem Węgier, FTC Budapeszt. Niestety, po raz kolejny znacznie bardzo ograny zespół w Europie pokazał nam w miejsce w szeregu.

Mistrzynie Polski wspierała dziś pokaźna grupa kibiców z Polski, którzy zostali bardzo ciepło przyjęci przez Węgrów. W pierwszej siódemce MKS zobaczyliśmy Ekaterinę Dzhukevą, Małgorzaty Majerek i Rolę, Joannę Drabik, Martę Gęgę, Alinę Wojtas i Dorotę Małek. Niespodziewanie w bramce FTC mecz zaczęła Melinda Szikora, a nie Białorusinka Lena Abramowicz.

 

Pierwsza do siatki rywalek trafiła Małgorzata Rola, ale odpowiedź Moniki Kovacsicz była natychmiastowa. Tak samo było po chwili – na szczęśliwy rykoszet po rzucie Gęgi odpowiedziała Szandra Zacsik, podobnie jak wspomniana Kovacsicz, piłkarka o słowackich korzeniach. Dopiero nieskuteczna akcja Doroty Małek odwróciła tę zależność – w kontrze nie pomyliła się blondwłosa prawoskrzydłowa FTC, która z Viborgiem triumfowała nawet w Lidze Mistrzyń. Było 3:2 dla miejscowych. W 4.minucie pięknego gola z wolnego zdobyła Wojtas. A że FTC nie wykorzystał swej szansy, kontra Roli przyniosła karnego i dwie minuty kary dla środkowej Zity Szucsanszki. Z 7 metra nie pomyliła się Wojtas- tak oto MKS wrócił na prowadzenie. Szkoda, że ta sama zawodniczki po pierwszej udanej interwencji Dzhukevy nie podwyższyła rezultatu. Grę w przewadze zremisowaliśmy więc 1:1. Z minuty na minutę rozpędzała się Zacsik, o której już 3 lata temu trener Gabor Elek powiedział, że to będzie najlepsza „połówka” na świecie. Niestety, w 8 minucie było 7:5 dla miejscowych, a „dwójkę” za faul na Orsolyi Verten obejrzała Małek. Węgierki podwyższyły szybko prowadzenie na 8:5, a w 10 minucie było już 9:5. Kolejny raz do siatki Polek trafiła Zsuzanna Tomori, zmuszając trenera Jankowskiego do wzięcia czasu. Dopiero udane wejście Vali Nestsiaruk przerwało złą serię przyjezdnych. Nie było jednak mocnych na kombinacje tercetu wybitnych węgierskich rozgrywających, łatwo rozrzucających naszą obronę. Wynik 11:6 po 13 minutach gry dobrze obrazował przewagę miejscowych.

 

Wynik oscylował w granicach +5 jeszcze przez dłuższy okres. Szansą dla MKS było wykluczenie po raz drugi Szucszanski, tym bardziej, że nieźle prezentowała się Wojtas. Niestety, po raz kolejny gra w przewadze liczebnej nie przyniosła nam niczego dobrego – tym razem ten okres zremisowaliśmy 0:0. W 18 min przy stanie 12:8 o czas poprosił Gabor Elek. Po powrocie na parkiet przewagę podwyższyła doświadczona Verten, tymczasem po chwili gol Małek nie został uznany. Podrażniona środkowa MKS spóźniła się w obronie i podobnie jak Zita po raz drugi dała się wykluczyć z gry. W 20.min na boisku pojawiła się Katarzyna Kozimur. Było już 14:8 dla gospodyń. Gdy Wojtas znów trafiła z wolnego Elek wpuścił między słupki Abramowicz, koleżankę z klasy Kristiny Repelewskiej. W 23 minucie pojedynek oko w oko Białorusinek wygrała właśnie bramkarka FTC, gdy zdołała odbić rzut z 6 metra Nestsiaruk. Ostatni fragment pierwszej połowy to coraz mniej wyrównana walka, dużo błędów z obu stron, przy dużej swobodzie gry miejscowych. Nic więc dziwnego, że rezultat po 30 minutach rywalizacji brzmiał 20:12

 

Pierwsza po zmianie stron rzucała Niemka Laura Steinbach, ale jej rzut nie znalazł drogi do siatki. W rewanżu piękną i skuteczną akcję przeprowadziła Wojtas. Gdy na 14:20 trafiła Nestsiaruk ożyły nadzieje na walkę Polek o lepszy wynik. Tym bardziej, że znów Steinbach przestrzeliła z 9 metra, a Węgierki grały w osłabieniu. W ostatniej sekundzie kary dla Meszaros na 15:20 rzuciła kapitan Majerek. Dopiero Orsolya Verten po sprytnym wbiegu na koło pokonała Dzhukevą. Najbardziej efektowne trafienie zanotowała zaś Rola, która z zerowego kąta pokonała Abramowicz. Było 16:21. Trener Jankowski zwracał uwagę naszej bułgarskiej bramkarce na rzuty rywalek ze skrzydła, bo właśnie ten element robił różnicę. W tym okresie świetnej okazji bramkowej nie wykorzystała Joanna Drabik, a w jednej z akcji Nestsiaruk wyrzuciła piłkę w aut. Gdyby nie to, mielibyśmy szansę na naprawdę dobry wynik, nieprzekreślający ostatecznych szans nawet na triumf. W 41 min na boisko weszła Kamila Skrzyniarz, ale wciąż popełnialiśmy wręcz szkolne błędy podań. Pod koniec trzeciego kwadransa debiut w Lidze Mistrzyń zaliczyła Aleksandra Baranowska. Przewaga FTC wynosiła znów 8 trafień (26:18). Na domiar złego po raz pierwszy zaskoczyła nas Steinbach. Niedługo potem na boisko weszła inna debiutantka - Karolina Konsur. Dobrze, że uśmiechnęło się do nas szczęście gdy Nerea Pena trafiła z karnego w słupek. Nie zmieniało to jednak faktu, że Węgierki górowały nad naszym zespołem w każdym elemencie sportowego rzemiosła. W tym okresie jedynie niezmordowana Wojtas próbowała odpowiadać potężnymi rzutami. W 46.min warto też odnotować ładnego gola Marty Gęgi na 21:28. Po chwili zmarnowaliśmy dwie świetne okazje do gola, gdy mieliśmy kontry po błędach miejscowych. Trener Elek z powrotem desygnował do gry Tomori. Jedyną niewiadomą była już tylko końcowa różnica bramkowa obu stron. Na 10 minut przed końcem fantastyczna kontra Peny dała miejscowych już 10 oczek przewagi. Alina Wojtas była coraz bardziej zmęczona trudami rywalizacji, tymczasem rezerwowe piłkarki FTC grały coraz błyskotliwiej. Równie ciekawie było na trybunach, gdzie lubelscy kibice zaintonowali nawet słynne hasło Hajra Ferencvaros, na co Węgrzy odpowiedzieli gromkim: Polska, Polska. Mistrzynie naszego kraju walczyły dzielnie, ale europejska rzeczywistość jest taka, że w meczach wyjazdowych z czołowymi drużynami Starego Kontynentu na razie nie mogą liczyć na sukces. Jeśli już szukać pozytywów, w Dabasz, mimo bardzo wysokiej, bolesnej przegranej zagrały na pewno ciut lepiej niż w pierwszej kolejce w Podgoricy. Na pewno też 3 listopada w dniu rewanżu w hali Globus MKS będzie bardziej wyrównanym rywalem dla FTC.

 

 FTC Rail-Cargo Hungaria – MKS Lublin 40:25 (20:12)

 

FTC: Szikora, Abramowicz, Ferenczi – Kovacsicz 8, Tomori 7, Zacsik 5, Verten 5, Pena 5, Szarka 3, Steinbach 3, Szucsanszki 2, Meszaros 1, Kocsis 1, Szamoransky, Cifra

 Kary: 8 minut

Karne: 4/5

 

MKS: Dzhukeva, Baranowska – Wojtas 11, Małek 3, Nestsiaruk 3, Gęga 3, Rola 2, Majerek 2, Drabik 1, Skrzyniarz, Wojdat, Kozimur, Konsur

 Kary: 6 minut

Karne: 2/2

 

Sędziowały: Alexandra Laurell i Natasha Engberg (Szwecja)

Widzów: 2400

 

Powiedzieli po meczu:

 

Edward Jankowski: FTC pokazał nam przepaść, jaka dzieli polską ligę od Champions League. Walczyliśmy jak równy z równym tylko przez 10 minut. Nic dziwnego, bo już w czwartek mieliśmy problemy w Nowym Sączu. Popełniliśmy aż 22 błędy techniczne, co na tym poziomie jest niewybaczalne i skutkuje szybkimi kontrami rywalek. Ferencvaros był lepszy w każdym elemencie, nawet Zsuzanna Tomori, na którą zwracaliśmy baczną uwagę nie musiała się dziś przemęczać, bo każda piłkarka Węgierek prezentowała wysoki poziom, także rezerwowe. Jedyny plus jest taki, że zbieramy naukę, pobieramy lekcję, niektóre młode zawodniczki na pewno to wykorzystają w przyszłości. W Lublinie jestem pewien, że zaprezentujemy się lepiej.

Powrót do aktualności