Aktualności
Robert Lis: Wracamy zmęczeni, ale niezwykle szczęśliwi

Tuż po rewanżowym zwycięstwie z Malagą z trenerem Robertem Lisem rozmawiał nasz wysłannik Michał Pomorski.
Jakie miał Pan przeczucia przed niedzielnym rewanżem w Maladze?
Mało kto mi pewnie uwierzy, ale byłem pewny, że wygramy ten mecz, że zaprezentujemy się dobrze i jeśli tylko poprawimy skuteczność, zwyciężymy. Tak się właśnie stało. Oczywiście, lekki niepokój pojawił się gdzieś tam w głowie, jednak miałem przekonanie, że jeśli utrzymamy taką intensywność gry w obronie i przyśpieszymy w ataku, z tego zrodzi się skuteczność. W piątek nie mogliśmy imponować dynamiką z przyczyn zewnętrznych, niezależnych od nas. Dziś warto też pamiętać, że w pierwszej połowie znów wysoki poziom trzymała bramkarka Fernandez, tak jak w całym piątkowym meczu.
Co powiedział Pan zatem w przerwie rewanżowego spotkania?
Powtarzałem, by dziewczyny przede wszystkim się nie denerwowały, by kontynuowały swoją grę, tym bardziej, że Hiszpanki, wedle moich obserwacji, opadały z sił już pod koniec pierwszej połowy. Przed zmianą stron nie dopisywało nam szczęście, widać było jednak, że rywalki „siadają”, bo zbyt drogo kosztował ich ten pierwszy mecz. Wiedziałem, że prędzej czy później zaczną się nasze kontry, biorąc pod uwagę różnicę w intensywności gry obu stron.
Dziewczyn nie trzeba było specjalnie motywować, nawet tych, które słabiej wypadły w piątek w ataku.
Każdy ma prawo do błędu, oddajmy też szacunek Fernandez, ponieważ broniła trudne rzuty, podobnie jak Weronika i Gabi. Karne też mogą raz wyjść, raz nie, zwycięzców się jednak nie sądzi. Wracając do pytania, nikogo nie trzeba było motywować, bo dziewczyny czuły po piątkowym meczu, że są klasę lepsze, a po prostu nie pokazały tego na parkiecie. Miały w sobie tę sportową złość, więc wystarczyło im powiedzieć „zagrajcie tak samo jak zwykle, a zobaczycie, że wygramy".
W pięć dni rozegraliście trzy mecze, a do Lublina przywieziecie dwa półfinały. Misja zwieńczona sukcesem, ale okupiona zmęczeniem. Jak zregenerować się do środowego starcia w hali Globus?
Zrobimy wszystko, by w środę być w optymalnej formie na mecz z Pogonią, choć na pewno nie będzie to nasza najwyższa forma. Stąd mam apel do lubelskich kibiców, by jeszcze mocniej wsparli nas dopingiem. To są właśnie takie kluczowe starcia, gdzie ten dodatkowy zawodnik jest niezwykle istotny, bo dodaje energię nawet najbardziej zmęczonym. A mówimy o niezwykle ważnym dla nas spotkaniu ligowym z wymagającym rywalem, który nie grał w weekend. Potrzebujemy tej pomocy, a że gramy w domu, będzie okazja przywitać półfinalistki Pucharu Challenge. Dziś jesteśmy zmęczeni, ale szczęśliwi i zwycięzcy. Znów będziemy mieć trzy mecze w ciągu tygodnia, a przecież musimy punktować i punktować.
To już jest ten moment, kiedy można powiedzieć, że idziemy do zdobycia Pucharu Challenge?
Spokojnie, powoli. Żeby dojść do finału trzeba przejść też kolejny etap, a w kwietniu czekać nas będzie rywalizacja półfinałowa. Poczekajmy spokojnie do soboty na przeciwnika (zwycięzca dwumeczu Kristianstad – Ardesen, w pierwszym meczu w Turcji wygrały Szwedki 26:23 – przyp.red.) Przygotujmy się optymalnie do tych spotkań, nie myślmy o finale, skoro jest przed nami półfinał do przejścia, bo już nieraz tak było, że ktoś myślał o ostatnich starciach w turnieju, a do nich nawet nie dotarł. Czekamy na rywala z pokorą i szacunkiem.
Po pół roku pracy z drużyną kobiecą, co jest dla Pana nowym doświadczeniem przeważają plusy czy minusy?
Na podsumowania też jeszcze przyjdzie czas, ale po pierwsze wygrywamy, więc jest fajnie, a po drugie dziewczyny chcą pracować i realizować mój pomysł na piłkę ręczną.
Trudniej dotrzeć do kobiet czy do mężczyzn?
Ciężkie pytanie. Wszystko zależny od jednostki, nie wolno niczego uogólniać, bo tak jak u mężczyzn, jak i u kobiet to kwestia indywidualna. Na pewno lepiej jest pracować w topowym zespole kobiecym niż z męskim średniakiem.
Z Malagi Michał Pomorski





