Aktualności
Takie rzeczy pamięta się do końca życia

Po kilku miesiącach sezonu 2000/2001 nic nie zapowiadało, że zakończy on się historycznym wynikiem. Bo przedwczesne odpadnięcie w Ligi Mistrzyń traktowane było jako porażka i mało kto myślał o grze w pucharze EHF?
Kiedy zostałyśmy wyeliminowane, faktycznie czułyśmy się lekko podłamane, że nie gramy już w elicie. Ale z każdym kolejnym etapem pucharu EHF było coraz lepiej, zdobywałyśmy coraz większą pewność siebie. Pokonywałyśmy kolejne zespoły, ale w końcowy sukces uwierzyłyśmy dopiero w momencie wylosowania Zagłębia w półfinale.
Patrząc na wyniki, można uznać że Wasza droga do historycznego osiągnięcia była niemal spacerkiem. Przewaga z jaką wygrywałyście mecze przypominała spotkania z outsiderami z polskiej ligi...
Może tak to wyglądało, ale doskonale zdawałyśmy sobie sprawę o jaką stawkę gramy. Wiedziałyśmy, że każde potknięcie w każdym kolejnym meczu może nas bardzo dużo kosztować i możemy odpaść. Dlatego nie dziwne było, że zawsze mobilizowałyśmy się na sto procent. A w finale z Podravką grałyśmy na najwyższych obrotach chyba przez 60 minut. Mobilizacja, nasze nastawienie, energia... to wszystko było niesamowite.
No i pokonałyście w pierwszym meczu zespół ze światowego topu z zaskakującą łatwością...
Wiedziałyśmy, że Podravka celowała w sukces w Lidze Mistrzyń i że bardzo bolało ją odpadnięcie z tych rozgrywek. Ale mimo to, ten zespół również bardzo poważnie potraktował grę w pucharze EHF. Był mocny, ale to my wygrałyśmy mecz siedmioma bramkami.
Luzu jednak nie było przed rewanżem?
Absolutnie! Wiedziałyśmy, że siedem bramek przewagi to dużo, ale doskonale zdawałyśmy sobie także sprawę, że jedziemy na piekielnie trudny teren. Dlatego zagrałyśmy rewanż z nastawieniem, aby go zwyciężyć, a nie obronić przewagę z meczu numer jeden. I to poskutkowało. Ważna rzecz jest taka, że w tamtym sezonie byłyśmy niemal idealnym monolitem. Stanowiłyśmy go nie w teorii, a w praktyce. Walczyłyśmy o każdy centymetr boiska, każdy gwizdek wywoływał w nas ogromne emocje tak, jak byśmy grały o mistrzostwo świata. Kiedy toczyła się druga połowa, a wynik cały czas był dla nas bardzo korzystny, zaczęłyśmy zdawać sobie sprawę, że wygramy ten puchar. Im bliżej końca było, tym bardziej siedziało to w naszych głowach.
Czy to był najlepszy Montex w historii?
Hmm... trudno mi to ocenić. Przecież zanim stworzyłyśmy tę drużynę, zanim ja przyjechałam do Lublina, grały tutaj inne wysokiej klasy zawodniczki, jak choćby Ania Ejsmont. Dlatego nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno jednak był to największy sukces w historii klubu.
Wtedy chyba też nawiązałyście wyjątkową więź z kibicami, z którymi świętowałyście sukces zarówno tuż po wywalczeniu pucharu, jak i potem, w Lublinie?
Byłyśmy bardzo szczęśliwe, że tylu kibiców przyjechało za nami do Koprivnicy. Przebyli kawał drogi, tak samo zresztą jak rekordowa liczba rodzimych dziennikarzy. Wspólna radość to było coś niesamowitego, lubię wspominać te czasy.
A po powrocie do Polski czułyście się bohaterkami? W końcu na lotnisku witała Was narodowa telewizja i kolejni kibice...
Bohaterkami może nie byłśmy, ale na pewno czułyśmy się wyróżnione. Kiedy dotarło do nas, że jesteśmy pierwszym żeńskim zespołem w historii, który dokonał czegoś takiego, rozpierała nas nieopisana duma. To było wyjątkowe, tak jak i przywitanie na lotnisku o którym mówisz. Z drugiej strony nie było dużo czasu na świętowanie, bo zaraz po tym sukcesie miałyśmy zgrupowanie kadry.
Ale ten puchar dał Wam chyba „kopa” na długie miesiące, a może i na kolejny sezon? Pokazałyście w końcu swoją wartość całej Europie!
Na pewno tak było. Zdawałyśmy sobie sprawę, jakiej rangi jest ten puchar i jak wielki sukces osiągnełyśmy. Byłyśmy dumne, szczęśliwe i pełne zapału do dalszej pracy.
Sukces ten, po blisko dwóch dekadach, urósł do miana legendarnego. Zapisałyście się nie tylko na kartach polskiej historii, ale i w Europie: do dzisiaj na Starym Kontynencie wspomina się tamten Montex.
Najwierniejsi kibice będą o tym pamiętać zapewne do końca życia i mają to szczęście, że przeżyli to na własnej skórze. Tym młodszym pozostają opowieści i tego typu wspomnienia. My wtedy przeszłyśmy nad tym do porządku dziennego, dopiero po latach pojawił się sentyment i serce się raduje, że mogłam w tym nie tylko uczestniczyć, ale dołożyć swoją cegiełkę. Stworzyłyśmy naprawdę przepiękną historię.
Przypominamy, że mecz 1/8 finału EHF Challenge Cup z ADA CJ Barros już w weekend 27-28 stycznia 2018 o godz. 18. #PiszemyNowąHistorię!
fot. archive.fo





